BLOGERZY A POMAGANIE

IMG_0650

Okres przedświąteczny to specyficzny czas w życiu każdego blogera. Co poczytniejszy internetowy twórca dostaje wtedy większą ilość prezentów od marek, które wykorzystując okazję, chcą zwrócić uwagę na swój produkt. Ale jednocześnie otrzymuje też dwukrotnie większą liczbę próśb dotyczących udziału w działaniach charytatywnych.

Sprawa z pomaganiem bywa dość złożona. Zasadniczo – wraz ze wzrostem Twojej popularności rośnie również skala e-maili oraz wiadomości z zaproszeniem do pomocy, którą każdego dnia czy tygodnia musisz przyjąć na swoją klatę. Czy jest coś złego w pomaganiu? Oczywiście, że nie. Problem rodzi się w momencie, kiedy tych apeli jest tak wiele, że nie jesteś w stanie na wszystkie odpowiedzieć lub gdy nie potrafisz odmówić, robisz coś wbrew sobie, a w efekcie Twój profil na FB wygląda jak słup ogłoszeniowy z anonsami odnośnie pomocy.

SELEKCJA

Za asertywność płaci się czasem wysoką cenę – trzeba wysłuchać na swój temat niemiłych komentarzy typu: nie spodziewaliśmy się tego po Pani; przykro to słyszeć; to smutne, że jest Pani obojętna na losy potrzebujących itd. Każdy rozsądny człowiek przestaje się nimi przejmować w momencie, gdy uświadamia sobie, że pochodzą od osób, które w żadnym stopniu nie zasługują na jego uwagę.

CZĘSTOTLIWOŚĆ

Sama angażuję się w wiele akcji, choć ostatnio częściej odmawiam współudziału, ponieważ doszłam do następujących wniosków: mianowicie zorientowałam się, że im częściej wrzucam apele z prośbą o pomoc dla danej organizacji, tym słabszy oddźwięk ze strony użytkowników otrzymuję. Kiedy jednak angażuję się np. w jedną akcję rocznie i konsekwentnie promuję tylko tę jedną inicjatywę (w moim przypadku akcja dlaSchroniska) efekt jest znacznie bardziej zadowalający. Co naturalnie, dało mi do myślenia.

POMYSŁ

Problem leży również w wymyślaniu kampanii społecznych przez agencje reklamowe. W czasach informacyjnego szumu nie wystarczy już jedna linijka sztampowego tekstu wrzucona na FB ani zdjęcie smutnego dziecka, aby zainteresować użytkownika. Trzeba wyjść poza schemat.

Jeśli miałabym wymienić jakieś akcje charytatywne, które zapadły mi w pamięć, byłyby to: cykliczna Lekko Stronnicza Akcja, kampania Mafia dla psa z udziałem „Ryśka z Klanu” oraz regularne wyprzedaże ubrań Kasi z bloga Jestem Kasia, z których dochód przeznaczany jest na pomoc zwierzętom. Wiem, że moje koleżanki i koledzy każdego dnia angażują się w wiele różnych akcji, ale w moim odczuciu tylko te najbardziej pomysłowe kampanie mają szansę z odpowiednim zasięgiem dotrzeć do szerokiego audytorium.

CSR

Kolejna sprawa: CSR marek. Nie raz zdarza się, że odzywa się do mnie marka, która pod przykrywką akcji społecznej chce ocieplić lub wzmocnić swój wizerunek, a co za tym idzie zwiększyć zaufanie klienta. Społeczna odpowiedzialność biznesu to jeden z elementów strategii każdej większej firmy, nic więc w tym dziwnego. Mały niesmak pojawia się jednak w momencie, gdy dana marka wydaje kilkadziesiąt lub nawet kilkaset tysięcy złotych na przygotowanie kampanii reklamowej lub charytatywnego eventu, a od Ciebie oczekuje pracy pro bono.

SZCZERE CHĘCI CZY PR?

Mam mieszane uczucia co do nagłaśniania tych wszystkich akcji przez blogerów i celebrytów. Z jednej strony – ok – są osobami wpływowymi, swoimi komunikatami mogą zwiększyć zasięg akcji, ale ostatecznie czy po to angażujemy się w pomoc, by nasze zdjęcia z workami karmy dla psów pojawiały się na łamach serwisów plotkarskich?

Osobiście nie po to pomagam, by chwalić się tym potem w mediach społecznościowych. Nie lecę na Twittera za każdym razem, gdy zrobię przelew na konto schroniska dla bezdomnych zwierząt, nie wysyłam informacji prasowej do mediów ze swoimi zdjęciami, na których przekazuję ubrania do domu dziecka. Może gdybym to robiła, jakąś część z Was zmotywowałoby to do zrobienia czegoś równie dobrego, ale sama czułabym się z tym potwornie źle.

Jakiś czas temu wrzuciłam na Instagram zdjęcie z informacją, że zostałam wolontariuszką pewnej fundacji, dostałam od Was mnóstwo pozytywnych komentarzy, że mam wielkie serce, że jestem super, że to i tamto. Zrobiło mi się strasznie wstyd, kiedy uświadomiłam sobie, że gdzieś w głębi duszy czekałam na taki odzew, żeby ktoś docenił to, co robię, napisał, że jestem fajnym człowiekiem. Skasowałam to foto, tak szybko jak się dało. Nie jestem święta, ale ostatecznie też nie jestem próżną laską, która wrzuca na Insta miliony selfie, byle tylko usłyszeć, jaka to nie jest ładna.

ANTIDOTUM

W przypadku agencji PR proponowałabym odejście od ogólnopowszechnej sztampy i konstruowanie bardziej kreatywnych przekazów, materiałów, które mają szansę wirusowo rozejść się w sieci. Podesłanie informacji prasowej z prośbą o udostępnienie linku o akcji na FB to za mało, podobnie jak wysyłanie darów losu z prośbą o zaangażowanie się w kampanii. Przysięgam, znacznie bardziej wolę, by pieniądze wydane na produkcję gadżetów, które każdy z nas chowa potem do pawlacza, trafiły bezpośrednio na konto potrzebującej fundacji czy organizacji.

Z kolei blogerom proponowałabym większą konsekwencję w podejmowaniu działań społecznych, czyli: pomagam jednej, dwóm organizacjom, nagłaśniając ich działania i stając się tym samym ambasadorem konkretnej akcji, zamiast wspierać w ciągu roku 30 różnych kampanii. Nasi czytelnicy zapamiętają z nich może jedną, a zaangażują się w pięć, ostatecznie nie łącząc naszej marki z wartościami żadnej z nich. Myślę, że dobrym pomysłem byłoby wychodzenie z inicjatywą przez nas samych – poprzez organizowanie własnych akcji.

I najważniejsze – każdy bloger przed podjęciem konkretnego działania powinien odpowiedzieć sobie szczerze (ale tak absolutnie) na pytania: dlaczego to robię (bo ktoś mnie poprosił, wywarł na mnie presję, czy może faktycznie sam/sama tego chcę) i jaki jest w tym wszystkim mój prawdziwy cel.